fbpx

Recenzje

Były pies odsłania kulisy polskiej policji
Gdy Dariusz Loranty zaczynał jako policjant, nie przebierał w środkach – jak trzeba było, to wywiózł podejrzanego 15-latka na ustronny brzeg Wisły, strzelał mu pod nogi i kazał kopać grób. Dzięki temu rozwiązał sprawę zabójstwa, bo dzieciak zaczął śpiewać jak z nut. Dziś by tak nie zrobił – ma spory bagaż doświadczeń zdobyty przy negocjacjach z samobójcami czy rozwiązywaniu spraw porwań dla okupu. Zmuszony do przejścia na emeryturę, został sądowym mediatorem i wykładowcą z zakresu negocjacji kryzysowych. Właśnie ukazała się książka „Spowiedź psa”, w której przedstawia brutalną prawdę o polskiej policji.

NaSygnale: Na spotkaniu promocyjnym przyznał Pan, że ta publikacja to akt zemsty na policji.

Dariusz Loranty: Akt zemsty to jest za mocne określenie, którego użyłem i teraz dżentelmeńsko się z niego wycofuję. Ta książka jest takim jakby moim resumé, wspomnieniem, pokazaniem się obcym, a przypomnieniem tym z którymi pracowałem. Być może jednym z powodów napisania jej był ten motyw zemsty, ale nie jedynym. Aczkolwiek, był on obecny na początku pisania, później ostygł, całkowicie.

Czy zrezygnował Pan z jakiś historii bądź sytuacji, by kogoś nie urazić?

Tak, zmieniłem pierwotne plany. Nie pojawiają się żadne nazwiska i tylko bezpośrednio uczestnicy niektórych zdarzeń będą je znać. Ale z drugiej strony zależało mi na jak najlepszym udokumentowaniu tego, o czym mówię. Chciałem, żeby osoba czytając książkę miał świadomość, że zwykły policjant, jakim ja byłem, wykonuje w Polsce taką trochę sensacyjną robotę. Nie chciałem, żeby to tak wynikło, że ja byłem tylko super. Być może książka daje krzywy obraz, ale dlatego że jest oparta wyłącznie na mojej relacji z moimi emocjami. Podkreślam, że znałem setkę lepszych policjantów i dużo lepszych ode mnie, ale mówię tu tylko o sobie. To jest moja historia.

Nawiązując do tytułu książki, wspomniał Pan, że rozgrzeszenia mają udzielić czytelnicy. Ale czy opowiedzenie historii swojego życia dało Panu poczucie ulgi?

Ulgę czuję tylko i wyłącznie w rozmowie z policjantami, którzy przeczytali tę książkę. Choć wcześniej nie spodziewałem się, że będą zainteresowani tego typu lekturami. Przyszło parędziesiąt recenzji (wiele anonimowych) – po ich treści nie mam wątpliwości, że są one od policjantów. Zdecydowanie 7 na 10 to są te, które mają do mnie pretensje, że skoro się odzywasz, to dlaczego boisz się mówić więcej. Zarzucają, że nie powiedziałem wszystkiego. Mają pretensje, że za mało powiedziałem o przedmiotowym traktowaniu podwładnych, o układach towarzyskich i wzajemnym „podgryzaniu”. Podkreślam to jest moja osobista narracja i uważam, że ja troszeczkę tylko biję w system, ale żeby w końcu „ktoś ważny” zauważył, że należy go bardziej dostosować do ludzi, do współczesnego społeczeństwa.

A jak się współpracowało z Aleksandrem Majewskim, który przeprowadzał wywiad-rzekę?

Dałem się trochę podejść młodemu człowiekowi. Miało to wyglądać trochę inaczej: miał być to pomnik (właściwie pomniczek) dla mnie, dyplomatycznie mówiąc średniej klasy supermen. W książce, na początku widać jego fascynację, myślałem że nie zauważy moich wad, ale wyłapał troszkę moich błędów. Zauważył niestety, że supermenem jednak nie byłem. W efekcie mamy sprawę, która nie zakończyła się sukcesem, a myślę, że jestem w stanie podać i 50 moich sukcesów. Mieliśmy trochę sporów literackich i rozstrzygaliśmy po literacku, przy literatce… Szczególnie burzył mnie układ rozdziałów, wydawało mi się że powinno być tak jak w aktach postępowania przygotowawczego. Chronologicznie. On był innego zdania. Dziś widzę, że jego formuła jest lepsza, podoba się czytelnikowi.

W sumie dwa debiuty w jednym – ale czy udane?

W tej formule to debiut i dublet równocześnie. Pomysł był Alka, ja bardzo wątpiłem, że się uda, że znajdą się ludzie, którzy to kupią. Alek, wbrew młodego wieku, ma całkiem spore doświadczenie dziennikarskie. Ja zaś skromnie, ale regularnie, piszę dla magazynu „Śledczy” Focusa. W trakcie pracy wiele się nawzajem uczyliśmy. Zaczęliśmy od dyktafonu a skończyliśmy na wyrafinowanych, ciągle zmienianych i uzupełnianych poszczególnych fragmentach. Słowo mówione zbyt różne jest od pisanego.

O chwalebnych osiągnięciach służb zawsze jest głośno. Ale ostatnimi czasy można odnieść wrażenie, że polska policja ma złą passę. Najpierw była uwypuklająca wady funkcjonariuszy „Drogówka”, później seks-taśmy, afera z molestowaniem seksualnym niepełnosprawnej dziewczynki. Dlaczego tak się dzieje?

Uważam, że obraz ten nie jest dowodem, że źle się dzieje, a przynajmniej nie we wszystkich obszarach. Owszem, seks-afera jest elementem potwierdzającym, że jest jakaś nieprawidłowość, ale ta nieprawidłowość to nie seks, tylko to, że komendant wojewódzki rządzi na zasadzie pana i władcy. Problem jest w tym, że oczekujemy od państwowych instytucji powstałych w demokratycznych warunkach, za nasze pieniądze, zasad etycznych i skutecznego działania jednocześnie. A ciągle słyszymy, że są jakieś prywatne sprawy, policyjni dygnitarze zachowują się jak baby na jarmarku. Ale to nie jest sytuacja, która powstała dzisiaj. Wynika to z całkowitego zaniechania dostosowywania policji do zmian, do nowego systemu, w jakim dziś znajduje się całe społeczeństwo.

Wielokrotnie wypowiada się Pan o policji, czasami można odnieść wrażenie że trochę niespójnie…

Wydaje mi się, że w tych kwestiach jestem niezmienny. Staram się napiętnować to, co jest nieprawidłowe, a bronić tego, czego społeczeństwo nie rozumie i źle ocenia. Cały system funkcjonowania i zarządzania policją jest nieco archaiczny, feudalny. Proszę pamiętać, że w ciągu tych 23 lat sporo się zmieniło. Ja jestem dzieckiem „Solidarności”, a pamięć o PRL-u jest ciągle żywa. Wszyscy musieli się dostosować do zmian, a czy policja tak się zmieniła? Niekoniecznie. To jest złe, ale problemy wynikają nie tylko z tego. Należy zaznaczyć, że policja jest pod wyjątkową presją czwartej władzy, czyli mediów. Chociażby te słynne zatrzymania przez policję, które jakoby były złe, a były prawidłowe.

Ja bronię tych policjantów, którzy dokonywali zatrzymań, jak chociażby przy Rondzie Daszyńskiego, gdzie w trakcie interwencji zatrzymany zmarł. Kolejne zatrzymanie na plaży w Gdańsku, gdzie policjant działający w skrajnie nieprzyjaznych okolicznościach zatrzymał zwariowanego osobnika. Media robią z tego wydarzenia, które są czasami bardziej medialne, niż rzeczywiste. Trafiają na podatny grunt, gdzie oczekiwania społeczne są kształtowane przez policyjne filmy.

Jak policja za granicą traktuje ludzi najbardziej dobitnie pokazała sytuacja na lotnisku w Kanadzie. Polak nie podporządkował się poleceniom, został potraktowany w rozmiarze przekraczającym ludzką wytrzymałość (został porażony paralizatorem, na skutek czego zmarł – przyp. red). My w Polsce wymagamy od policjantów cudów, a godzimy się na patologie w zarządzaniu.

Ta sytuacja nie dotyczy tylko policji, ale również innych służb podobnie traktowanych, jak choćby straży granicznej. Dodam, że jak jest zatrzymany do sprawy osobnik o którym wiemy, że np. zabił, a nie ma dowodów, to mamy pretensje do policji ze kiepsko przesłuchuje. A jak przesłucha skutecznie, to też są pretensje – za „nadmierną skuteczność”. W książce ostrzegam młodych gliniarzy, by się nigdy nie zapominali, by nigdy się nie zatracili, bo wdzięczność społeczna jest mitem. Ja kiedyś niegodnie uzyskałem wielki sukces ale moje szczęście polegało na tym, że nie poniosłem za to odpowiedzialności, udało mi się. Wielu się nie udało. Chcieli wsadzać do więzień szemrane towarzystwo, a wywalali ich z roboty. I to w najlepszym razie.

Patrząc z perspektywy czasu, czy inaczej poprowadziłby pan swoją karierę? Albo może w ogóle nie wstąpił do policji?

Do policji wstąpiłem za chlebem. Przyjechałem do Warszawy z małej podkieleckiej miejscowości. Razem z kolegą Andrzejem byliśmy jednymi z pierwszych, którzy przyjechali z daleka, by zacząć w nowym miejscu pracę. Dopiero po naszym pokoleniu rozpoczął się ten trend, że ludzie wyjeżdżali do większych miast w poszukiwaniu pracy. Dla mnie, prowincjusza, naprawdę ciężko było przeżyć na Kielecczyźnie czy gdziekolwiek indziej. Do policji nie bardzo chciałem pójść, bo miałem bardzo negatywny stosunek do niej, wyrobiony przez milicję. Milicjant z PRL-u to była zupełnie inna wartość, inna postać. Niegdyś do policji przyjmowano po zawodówce bo średnie było wysokim wymogiem. Dzisiaj 90 proc. ma takie czy inne wyższe wykształcenie.

Czy z perspektywy czasu też bym wstąpił? Nie było innego wyjścia. Polubiłem tę pracę, tyle że moja miłość do policji rosła w miarę upływu czasu, to nie było od razu. Dostałem to, czego mój charakter potrzebował: emocji, ciekawych ludzi, zdarzeń z osobami, których wcześniej w większości znałem tylko z mediów. Była to interesująca i ciężka praca.

Odnośnie kariery, to w policji jej oceną jest wysokość emerytury. Jeżeli ja dostałem najniższą dla swojego stanowiska w komendzie stołecznej, to jaką ja karierę zrobiłem? Nie zrobiłem żadnej, nie pełniłem żadnych poważnych funkcji kierowniczych. Myślałem, że to jeszcze przede mną. Niestety pożegnano się ze mną, nie twierdzę, że szczególnie, po prostu taka metodyka pracy.

Czy ma Pan obecnie kontakt ze znajomymi z policji, czy jest jeszcze ochota na spotkania czy imprezy w ich gronie?

Kiedyś kolega powiedział, żebym poszedł do knajpy na Starym Mieście bo tam jest spotkanie wydziałowe. Poszedłem, była tylko część osób z pracy i dosyć szybko odczułem, że jest o jednego za dużo. Właśnie o mnie. Ten kolega był świeżym w tym towarzystwie, a ja całkiem obcym. Innym razem, już na emeryturze zadzwoniła sekretarka, że jest impreza, niestety miała dobry telefon i słyszałem co do niej mówiły dwie osoby, na temat pomysłu zapraszania wszystkich, którzy pracowali w wydziale. Nie wypadało przychodzić. W mniejszych gronach spotykałem i spotykam się, lecz staram się, by nie był to „zamknięty układ”.

Niedługo z więzienia wychodzi Pana dawny znajomy, były policjant, Sławek Opala. Będzie spotkanie przy wódce i wspominanie dawnych czasów?

Ze Sławkiem z pewnością się spotkam. Czy przy wódce – nie odpowiem, bo nie mam umowy na reklamę produktów monopolowych.

Po przejściu na emeryturę ułożyło i ustabilizowało się Pana życie osobiste. Może więc warto było poświęcić pracę na rzecz tych kwestii, które wcześniej były przez specyfikę pracy policjanta utrudnione lub wręcz uniemożliwione?

Wielu funkcjonariuszom udaje się godzić te dwie sfery życia. Mi się nie udawało – być może z powodu mojego charakteru, być może z powodu doboru kobiet. Natomiast udało mi się tak naprawdę wtedy, kiedy już nie pracowałem w tej policji. Czasami teraz też dostaję takich „odpałów”, bo angażuje się w rzeczy, za które mi nie płacą, ale już w nieporównywalnym stopniu do tego co kiedyś.

Mam ustabilizowaną sytuację materialną, również dzięki emeryturze. Dzięki temu mogę się bardziej poświęcić. Bo nie można mieć rodziny na zasadzie, że mam żonę do pokazania od czasu do czasu, do przespania się, i dziecko od czasu do czasu do pobawienia się. Rodzinę trzeba stale pielęgnować. Dziecko krzyczy częściej niż się uśmiecha, bardziej dokucza niż się bawi, żona częściej jest zła niż jest miła, więc rodzina wymaga jednak ciężkiej pracy. Teraz mam inną sytuację i dlatego mi wychodzi, zaczynam się czuć spełniony. A może to zasługa mojej drugiej połówki Agnieszki.

Z lektury książki wynika, że jedynym sposobem, w jaki policjanci odreagowują stres i radzą sobie z problemami, jest sięganie po alkohol.

Praca policjanta jest bardzo męcząca. Komendant czy naczelnik daje zadanie „masz to mieć”, „masz to zrobić”. Jeśli wydarzy się coś na mieście, to istnieje mechanika nacisku na człowieka. Wtedy nie ma sytuacji, że ktoś mówi „to ja o 16 wychodzę”. Więc to jest ten rodzaj mechaniki zdarzenia. A po upływie 48 czy 72 godzin zaczyna się kolejne ciśnienie, trzeba pisać kwity, dlaczego tamci nie byli, dlaczego ci, takie typowanie.

Dochodzi tu jeszcze jeden element: człowiek posiada władzę. Nie wyobrażałem sobie kiedyś, że jeden z ważniejszych prezesów w kraju może telefonu nie odebrać, „bo nie”. Ale jak przychodzi oficer terroru kryminalnego, no to drzwi trzeba otwierać, przerywać najważniejsze spotkania. Tak to funkcjonuje. To daje silne poczucie władzy, legitymacja dużo daje, nawet coś na kształt immunitetu. Wtedy chyba dobry jest alkohol i rozmowa z kumplami – takie wentylowanie psychiki. Podkreślam, w bardzo rozsądnych graniach.

Czy spotkał się Pan z instytucją psychologa policyjnego, czy takie osoby są potrzebne i są w stanie pomóc?

Współcześnie także w policji panuje przekonanie, że psychologowie są w stanie wszystko wyleczyć, wszystko załatwić. Tych psychologów w policji nie brakuje – żeby nie było wątpliwości, jest ich naprawdę bardzo dużo. Ale cóż – czy liczba przyjmowania idiotów do policji czymkolwiek się różni w 2013 czy w 1988 roku? Nie ma najmniejszej różnicy. Jestem totalnym przeciwnikiem przyjmowania na etaty do policji, służby więziennej czy wojska psychologów. Protestuje przeciwko temu. Natomiast jestem za tym, żeby współpracować z instytucjami badawczymi psychologii klinicznej. Policja potrzebuje ludzi prowadzących prace badawcze. To nie jest wymysł Dariusza Lorantego, ja tylko pierwszy o tym głośno mówię.

Policja powinna mieć umowy z podmiotem naukowo-badawczym z zakresu konkretnych obszarów. Jak ja odchodziłem była ponad setka psychologów, ich liczba do dziś na pewno została zwiększona. Policjanci mają pewne obciążenia, o których głośno się mówi: że on przychodzi w stresie do domu, z pijakami się szarpie, bije się. I jak wraca do domu to mu odbija i bije żonę. Ten człowiek powinien mieć usystematyzowaną pracę, cykliczne zmiany np. na parę dni do innej pracy. Chociaż są też tacy policjanci, którzy przez cały rok nie dali nikomu mandatu, z nikogo nie zatrzymali, czy nie przesłuchali i oni są takimi samymi policjantami jak ci, który przeżywają stres. Ale nikt nie chce się tym zająć i tego dokumentować, bo by się okazało, że pracuje tylko 50 proc. policjantów. I to oni, którzy wykonują tę stresującą pracę, ale tylko ci, powinni mieć obowiązkowe spotkanie terapeutyczne. Ale nie w żadnej komendzie, jak to przemądrzali przełożeni wymyślili, żeby zebrać wszystkich z różnych jednostek i tam im terapie prowadzić. Zamiast tego raz do roku każdy miałby poddać się trzydniowej terapii odstresowującej w fachowej instytucji, bo tam są specjaliści i naukowcy, którzy mogliby im pomóc. Tak samo z funkcjonowaniem psychologów jest w straży granicznej. A jaki jest efekt? Taki jak jest, czyli żaden.

A czy dzisiaj w dalszym ciągu ma Pan problemy ze snem, nawiedza Pana ręka zmarłej kobiety czy krzyżyki na szyjach samobójców, jak to miało miejsce w trakcie służby?

Wiele osób po przeczytaniu książki odnosiło się do tej kwestii i pytało, po co to piszę. Ale wszyscy mają emocje, etyczne rozterki czy psychiczne problemy. Trudno sobie wyobrazić, żeby nie mieć czegoś takiego, złych wspomnień czy koszmarów. Tylko bardzo niewielu o tym mówi, nikt się nie chce przyznać, np. że ma awersję do zmasakrowanego nieboszczyka. Nie wierzę, żeby był taki twardziel faktycznie, o ile jest normalnym człowiekiem. Ale wszyscy się boją o tym mówić. Ja też się bałem, ale teraz już tak nie mam, bo nie mam takich powodów. Martwię się tylko, czy co niektórzy po przeczytaniu książki nie porysują za to samochodu.

Był taki film familijny „Wszystkie psy idą do nieba” – wierzy Pan, że Pana też to czeka?

Brawo, brawo! Film „Wszystkie psy idą do nieba” jest bardzo silną aluzją do mnie. Oglądałem ze starszymi synami, obejrzę z młodszymi – Radkiem, lat 5 i Krystianem, półtoraroczniakiem. Ale na pewno nic nie będę im mówił. Rasowy pies kryminalny nie idzie do nieba.

Dziękuję za rozmowę i życzę jak najlepszej sprzedaży książki

Dziękuję.

Źródło: NA SYGNALE

Spowiedź psa
Twitter Facebook Pinterest Email

Już od: 1400 Cena detal.: 34,00

Kup teraz »

Zostań członkiem Klubu Wydawnictwa Fronda:

Wyrażam zgodę na przetwarzanie mojego adresu e-mail zgodnie z regulaminem.

email marketing powered by FreshMail