fbpx

Recenzje

Czytając książkę Apolinarego Bacy „Kamieniem w komunę” od samego początku miałem wrażenie, że jest to książka bardzo mi bliska. Właściwie to nic dziwnego – mowa o moich rówieśnikach. Trzeba pamiętać, że zadymy w rozmaite „trzynastki”, rocznice majowe i sierpniowe robili nie działacze z pierwszych stron odbijanej na powielaczach bibuły, lec młodzież szkolna lub nieco starsza. Oni malowali na ścianach napisy „Orła WRON-a nie pokona”, „Zima wasza, wiosna Masza”, i tym podobne. I nie potrzebowali do tego żadnej ideologii – hasło: „Precz z komuną” wystarczało za wszystko. I nie były to bynajmniej (albo przynajmniej nie w większości) grzeczne dzieci.

Okrzyki Solidarność bardzo często wznosili ludzi o mentalności – jakby to dzisiaj napisały media głównego nurtu – kibolskiej. Grzeczni chłopcy nie rzucają kamieniami i nie malują na ścianach. Ale zarówno ci grzeczni i ci nieco mniej grzeczni mieli pewną wspólną opinię, która ich motywowała do jednakich działań. Opierała się na dosyć prostym sylogizmie.

Komuna to była rzeczywistość ich otaczająca, i w przeciwieństwie do dalekiego „zachodu” nie można było jej określić innym słowem niż „syf”. Wniosek był jeden – komuna to syf, zatem precz z komuną! Historia Baciaka opowiedziana w książce jest w pewnym sensie historią tysięcy naszych rówieśników. W pewnym momencie przydarzył nam się taki cud, że eksplodował kolorowy karnawał Solidarności. Zbyt wiele z tego nie zrozumieliśmy ale odczuwaliśmy to mocno. Część już wtedy chciała zakładać uczniowską solidarność, część zastanawiała się jak gromadzić butelki i benzynę na wypadek tego, że „wejdą”. A co gorliwsi uczyli się – na ten sam przypadek – zdejmowania tabliczek z nawami ulic.

Cały tekst znajduje się na stronie: HISTORYKON

Zostań członkiem Klubu Wydawnictwa Fronda:

Wyrażam zgodę na przetwarzanie mojego adresu e-mail zgodnie z regulaminem.

email marketing powered by FreshMail